Kobieta przy wysokim dębowym stole odsuwa jedną grubą teczkę od pozostałych rozłożonych na blacie

Macierz Eisenhowera w firmie, gdy pilność dyktuje klient

Siatkę dwa na dwa rysuje się w dziesięć sekund. Ważne, nieważne, pilne, niepilne, cztery pola i po sprawie. Problem zaczyna się godzinę później, kiedy do tej siatki trzeba wpisać konkretne sprawy z konkretnego dnia, a połowa z nich uparcie ląduje w polu „ważne i pilne”. Po tygodniu kartka leży pod klawiaturą i nikt do niej nie wraca.

Żeby dalej mówić o tym samym, umówmy się na numery pól. Pierwsze to ważne i pilne, drugie ważne i niepilne, trzecie nieważne i pilne, czwarte nieważne i niepilne. Taka kolejność stoi u Coveya i w większości polskich opracowań, więc nie będziesz musiał się przestawiać, czytając cokolwiek innego.

To nie jest wina metody. Macierz Eisenhowera powstała jako narzędzie do porządkowania własnej głowy i w tej roli działa. W firmie, w której pracuje kilka albo kilkanaście osób, warunki są inne, bo trzy rzeczy, które u jednej osoby siedzą w jednej głowie, rozchodzą się do trzech miejsc: ważność ustala właściciel, pilność narzuca klient, a wykonuje pracownik. Dopóki tego nie rozdzielisz, cztery pola będą tylko ładniejszym zapisem tego samego bałaganu, a ty wrócisz do ustalania priorytetów na wyczucie. Reszta tego tekstu idzie po tych trzech miejscach po kolei.

Skąd wzięło się to zdanie o pilnych i ważnych

Większość tekstów o tej metodzie otwiera się tym samym cytatem: „Mam dwa rodzaje problemów, pilne i ważne. Pilne nie są ważne, a ważne nigdy nie są pilne”. Zdanie padło naprawdę, 19 sierpnia 1954 roku, w przemówieniu Dwighta Eisenhowera na II Zgromadzeniu Światowej Rady Kościołów w Evanston pod Chicago. Tyle że Eisenhower nikogo nim nie zaskoczył, bo je cytował: w stenogramie mówi wprost, że powtarza słowa „pewnego byłego rektora uczelni”, i tego rektora nie nazywa. Do dziś nie wiadomo, kto nim był.

Warto o tym wiedzieć z jednego praktycznego powodu. Nie ma dowodu, że Eisenhower kiedykolwiek posługiwał się siatką czterech pól. Rozrysował ją Stephen Covey w „7 nawykach skutecznego działania” z 1989 roku, pod nazwą macierz zarządzania czasem, a nazwisko generała doczepiono później. Za siatką nie stoi więc ani procedura wypracowana w sztabie, ani wynik badania. Stoi rozróżnienie, które ktoś trafnie nazwał, a resztę dopisano. Instrukcję, jak z niego korzystać, piszesz sam, pod swoją firmę, i nikt ci nie powie, że robisz to niezgodnie z oryginałem.

Ważne, ale czyim zdaniem

Tu przewraca się większość wdrożeń. Poradniki milcząco zakładają, że osoba oceniająca zadanie i osoba je wykonująca to ta sama osoba. W firmie usługowej rzadko tak jest. Kryterium ważności siedzi w głowie właściciela albo szefa działu, a sortuje pracownik przyjmujący zgłoszenia, który tego kryterium nigdy nie usłyszał w całości.

Skutek jest przewidywalny. Dla handlowca ważne jest zapytanie ofertowe, dla serwisu awaria, dla księgowości dwudziesty piąty dzień miesiąca. Każde z tych zdań jest prawdziwe i każde prowadzi do innej kolejności pracy. Zespół nie kłóci się o priorytety, bo rzadko kto zauważa, że ocenia innym miernikiem niż kolega.

Przed pierwszym rysunkiem siatki potrzebujesz więc jednego zdania, spisanego, nie domyślnego: co w tej firmie znaczy „ważne”. Nie definicji ogólnej, tylko reguły rozstrzygającej. Na przykład takiej: ważne jest to, co dotyczy klienta płacącego abonament, albo to, czego niezrobienie kosztuje pieniądze w tym miesiącu. Zdanie ma być na tyle wąskie, żeby dwie osoby czytające je niezależnie zaklasyfikowały tę samą sprawę tak samo.

Sprawdzian zajmuje tyle, co jedna kawa. Weź pięć spraw z wczoraj, daj je dwóm osobom osobno, poproś o przypisanie do jednego z czterech pól i porównaj. Każda rozbieżność jest miejscem, w którym twoja definicja jeszcze nie działa, i to ona, nie liczba trafień, mówi ci, co doprecyzować. Rozjazd przy pierwszej z pięciu spraw da się dopisać do zdania w minutę. Rozjazd przy czterech znaczy, że zdania po prostu nie ma, choć pewnie wydawało ci się, że wszyscy je znają.

Kiedy pilność przychodzi od klienta

Druga rzecz, o której poradniki milczą: w firmie usługowej etykietę „pilne” nadaje zwykle ktoś, komu nie możesz jej odebrać. Klient pisze „proszę pilnie”, i choćbyś wiedział, że sprawa spokojnie poczeka do końca tygodnia, samo słowo już zadziałało. Zespół czuje presję, sprawa wskakuje do pierwszego pola, a twoja siatka nie ma nic do powiedzenia.

Warto tu rozdzielić dwie rzeczy, które zlewają się w jedno słowo. Pilność rzeczowa mówi, że zwłoka coś psuje: linia stoi, klient nie może sprzedawać, termin ustawowy mija jutro. Pilność deklarowana mówi tylko, że ktoś tak napisał. Rzeczowa jest faktem i wchodzi do pierwszego pola. Deklarowana jest informacją o czyimś oczekiwaniu i wymaga odpowiedzi, a nie natychmiastowego wykonania.

W praktyce wygląda to tak, że osoba przyjmująca zgłoszenie ma prawo zadać jedno pytanie: co się stanie, jeśli zajmiemy się tym jutro rano. Odpowiedź „nic, ale wolałbym dziś” przenosi sprawę z pierwszego pola do drugiego i nie jest odmową obsługi. Klient dostaje termin zamiast ciszy, a zespół odzyskuje prawo do ustalania kolejności, co przy okazji skraca średni czas odpowiedzi bardziej niż pośpiech. Warunek jest przy tym twardy: ten termin musi być dotrzymany, bo inaczej nauczysz klientów, że na początek kolejki wchodzi się słowem „pilne” napisanym wielkimi literami.

Ta pokusa nie jest cechą charakteru twoich klientów. Zhu, Yang i Hsee opisali ją w 2018 roku w „Journal of Consumer Research” jako efekt samej pilności: w eksperymentach ludzie wybierali zadanie o krótszym terminie nawet wtedy, gdy zadanie bez terminu dawało wyraźnie większą nagrodę, a różnica była im znana. Bliższy termin wygrywa z większą korzyścią sam z siebie. Twój zespół nie jest od tego wolny i ty też nie.

Pierwsze pole pełne od miesięcy

Standardowa porada brzmi: jeśli wszystko wpada do pierwszego pola, to znak, że źle planujesz. Zdanie prawdziwe i zupełnie bezużyteczne, bo nie mówi, co z tym zrobić w poniedziałek.

Przepełnione pierwsze pole ma zwykle jedną z trzech przyczyn i każda ma inne wyjście. Pierwsza to zdarzenia losowe, na które nie masz wpływu: awarie, choroby, klient, któremu spłonął magazyn. Tych nie zmniejszysz planowaniem, tylko zapasem, czyli ludźmi, którzy nie mają na dziś zaplanowanej pełnej normy. Druga to skutek zaniedbania sprzed miesięcy, kiedy sprawa była jeszcze ważna i niepilna, a nikt do niej nie wrócił. Trzecia, najłatwiejsza do przeoczenia, to zawyżona klasyfikacja: pierwsze pole jest pełne, bo trafia tam wszystko, czego nikt nie odważył się nazwać mniej ważnym.

Rozróżnienie zajmuje jedno popołudnie, bo robi się je raz. Wypisz z ostatnich dwóch tygodni każdą sprawę, którą zespół potraktował jako ważną i pilną, i przy każdej dopisz jedno słowo: awaria, zaniedbanie albo klasyfikacja. Rozkład powie ci, co naprawić. Jeśli wygrywa zaniedbanie, brakuje ci cotygodniowego przeglądu spraw odłożonych, a może też stałego miejsca w tygodniu na pracę bez przerwań, czyli planowania w blokach. Jeśli wygrywa klasyfikacja, brakuje ci definicji ważności z poprzedniej sekcji. Jeśli wygrywają awarie, nie masz problemu z priorytetami, tylko z obsadą, i żadna siatka tego nie załatwi.

Deleguj, czyli komu

Zostaje trzecie z rozdzielanych miejsc, czyli wykonanie. Trzecie pole, nieważne i pilne, dostaje w niemal każdym poradniku to samo jednosłowne zalecenie: deleguj. W firmie, w której pracuje kilka osób, to bywa rada nie na te warunki. Nie ma warstwy asystentów, do której spływają sprawy drugiego sortu. Jest reszta zespołu, zajęta czymś innym, i ty, który umiesz to zrobić najszybciej.

Delegowanie nie zaczyna się w momencie przekazania sprawy, tylko dużo wcześniej, przy pierwszym jej wykonaniu. Zadanie da się oddać wtedy, gdy ktoś kiedyś zapisał, jak się je robi, gdzie leżą dane i co ma powstać na końcu. Cała reszta, czyli przekazywanie pracy tak, żeby dało się z niej rozliczyć, stoi na tym jednym warunku. Bez tego oddajesz zadanie w połowie opisane, a ono wraca do ciebie po dwóch godzinach w postaci pytań.

Praktyczna kolejność jest więc odwrotna do intuicyjnej. Zadania do oddania wybierasz nie spośród tych, które cię najbardziej męczą, tylko spośród tych, które wracają regularnie, bo tylko przy nich opisywanie przebiegu zwróci się więcej niż raz. Przy następnym wykonaniu spisujesz przebieg, choćby w pięciu punktach. Przy kolejnym oddajesz komuś, kto robi to z twoją kartką pod ręką, a ty sprawdzasz efekt, nie proces. Jedno takie zadanie naraz wystarczy, bo dwa zaczynają wracać z pytaniami w tym samym tygodniu. W systemie takim jak ProFlow taka kartka wisi przy kategorii sprawy i nowa osoba widzi ją w chwili, gdy zgłoszenie do niej trafia, ale równie dobrze może to być plik w folderze, o ile wszyscy wiedzą, w którym.

Zostaje pytanie, które zwykle pada półgłosem: co, jeśli naprawdę nie ma komu. Wtedy trzecie pole nie jest polem do delegowania, tylko listą kandydatów do skreślenia albo do automatyzacji. Sprawa nieważna, której nikt nie może przejąć, jest sprawą do niezrobienia, i lepiej powiedzieć to wprost, niż udawać, że czeka na wolne ręce. Jeśli wraca co tydzień w tej samej postaci, warto sprawdzić, co faktycznie opłaca się zautomatyzować, zamiast szukać dla niej człowieka.

Jedna siatka na zespół, nie osobna dla każdego

Macierz rysowana osobno przez każdego porządkuje tyle kalendarzy, ile macie osób, i nie porządkuje firmy. Sprawy krążą między ludźmi, więc ocena musi być wspólna, inaczej zadanie zmienia pole przy każdym przekazaniu i kończy się tym, że sprawa wisi, a klient czeka.

Wspólna siatka wymaga trzech ustaleń, wszystkich krótkich:

  • kto ma prawo przypisać sprawę do pierwszego pola, bo jeśli każdy, to pole jest bez dna,
  • kto rozstrzyga, gdy dwie osoby oceniają tę samą sprawę inaczej, i lepiej, żeby było to wiadomo, zanim spór wybuchnie; pomagają tu spisane kryteria decyzji podejmowanych bez udziału szefa,
  • kiedy siadacie do przeglądu drugiego pola, tego z rzeczami ważnymi bez terminu, bo nic w nim samo się o siebie nie upomni.

Przegląd wart jest osobnego zdania. Kwadrans w tygodniu, jedna lista, jedno pytanie przy każdej pozycji: czy ta sprawa zdąży stać się pilna, zanim spotkamy się znowu. Odpowiedź „tak” oznacza, że trzeba jej dziś wyznaczyć termin, bo za tydzień będzie już w pierwszym polu razem z awariami. Bez tego kwadransa drugie pole jest listą rzeczy, o których z góry wiadomo, że kiedyś zabolą.

Co widać po miesiącu

Efektu nie poznasz po tym, że zespół mówi o ćwiartkach. Poznasz go po dwóch rzeczach, obu policzalnych bez żadnego raportu.

Pierwsza: ile spraw z drugiego pola trafiło w tym miesiącu do pierwszego dlatego, że o nich zapomniano. Liczysz je na palcach, nie w procentach, i porównujesz z liczbą z poprzedniego miesiąca, bo tylko ta zmiana coś znaczy. Druga: czy ktokolwiek w zespole odesłał w tym miesiącu zgłoszenie z odpowiedzią „zrobimy to w czwartek” zamiast rzucać wszystko. Jeśli nie, definicja pilności nadal jest u klienta, a nie u ciebie.

Siatka dwa na dwa nadal zajmuje dziesięć sekund. Reszta, czyli zdanie o tym, co u was znaczy „ważne”, prawo do zadania pytania o jutro i kwadrans w tygodniu na sprawy bez terminu, zajmuje pierwszy miesiąc i zostaje na lata. Te trzy rzeczy zmieścisz na tej samej kartce, która zwykle po tygodniu ląduje pod klawiaturą. Różnica polega na tym, że tym razem jest na niej coś, czego nikt poza wami nie mógł napisać.